Ten wpis po Black Pantherze

Pisałam co prawda na Facebooku, że nie zamierzam pisać recenzji Black Panthera, więc niektórzy mogą być zaskoczeni pojawieniem się tego wpisu. Ale – ostrzegam od razu – to nie będzie recenzja. Chciałabym się w tym wpisie odnieść do tego, jakie miałam oczekiwania zanim film się pojawił (jeśli nie czytaliście tego wpisu wcześniej, zróbcie to zanim będziecie czytać ten!), a także do tego, z jakim odbiorem się spotkał. Widziałam na ten temat sporo kłótni i przeróżnych opinii, więc stwierdziłam, że podzielę się też swoją. W końcu po coś ma się bloga.

Zacznijmy może od tego, że jestem w stanie napisać taki wpis dopiero po drugim seansie. Pierwszy byłam w stanie odbierać tylko i wyłącznie emocjonalnie i cieszyć się nim jak dziecko. Tak, ja z tych, którzy się zakochali i przy każdej możliwej okazji zakrzykną „Wakanda forever!”. Co nie znaczy, że nie rozumiem niektórych narzekań albo nawet, że z niektórymi narzekaniami się nie zgadzam. Ale do tego jeszcze dojdziemy. Na razie konfrontacja moich oczekiwań i tego, co faktycznie się w filmie pojawiło.
Zaczynałam tam od pisania o tym, że liczę na to, że Black Panther będzie filmem innym i będzie filmem „afrykańskim”, tzn. stworzy kulturę, która faktycznie mogłaby w Afryce zaistnieć, przybliży publiczności ten klimat i rzeczywistość. Oczywiście na tyle, na ile to możliwe w przypadku filmu o fikcyjnym państwie, które może najwyżej być konglomeratem różnych afrykańskich kultur. I – moim skromnym zdaniem – to udało się zrobić doskonale. Zwłaszcza po pierwszym seansie (który, jak mówiłam, odbierałam raczej sercem i emocjami niż głową) zatęskniłam tak strasznie za Afryką, a właściwie za tym kawałkiem, który znam, czyli za Tanzanią. Zatęskniłam za widokami (zachody słońca naprawdę mają najpiękniejsze), za ludźmi, za muzyką, za smakami i zapachami, których przecież film nie oddaje, za kolorowo ubranymi tłumami, za specyficznym poczuciem humoru, za rozbudowanymi powitaniami… mogłabym tak jeszcze długo. Ale film to wszystko uchwycił i podsunął mi pod nos moją tęsknotę, aż zakłuło w serce.
Jednocześnie film faktycznie wziął wiele różnych elementów z różnych kultur afrykańskich i zbudował z nich kulturę Wakandy. Co chwilę zauważałam coś innego – a to zdobienia rodem z Ghany, a to stroje Masajów, a to język z Afryki Południowej, a to ozdoby i elementu strojów z plemion mieszkających na Saharze (lub jej obrzeżach), a to kolory, które mają specyficzne znaczenie… tu też mogłabym długo wymieniać. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, wpadnijcie na Twittera, są ludzie, którzy stworzyli całą listę takich odniesień i zauważyli ich mniej więcej dwa razy tyle co ja (przy pierwszym oglądaniu, przy drugim udało mi się wyłapać jeszcze więcej szczególików, które prawdopodobnie nie mają żadnego znaczenia dla nikogo innego).
Kolejną rzeczą, o której wspomniałam była kwestia plemienności. Faktycznie dostaliśmy 5 plemion, większość opartych (przynajmniej wizualnie) na prawdziwym plemieniu afrykańskim. Dodatkowo w niektórych przypadkach dobrano to wspaniale do funkcji plemienia – Dory Milaje (tak, wiem, że to nie do końca plemię, ale mają własną identyfikację wizualną, o której nie sposób nie wspomnieć) na przykład oparte są wizualnie na Masajach, plemieniu wojowników z pogranicza Kenii i Tanzanii; Plemię Kupców natomiast odnosi się bardzo do Tuaregów, którzy faktycznie trudnili się zawsze głównie handlem. Konflikty wewnątrz państwa też się pojawiają i ich źródłem jest plemienność i podział. Plemię Ludzi-Goryli (kolejne odniesienie do prawdziwego, choć pół-legendarnego plemienia) przecież nie zgadza się na „słabego króla”, który nie pochodzi z ich plemienia. Jednocześnie, jeśli możemy mówić o jakimkolwiek modelowaniu postaw, to zwróćmy proszę na chwilę uwagę jak wspaniałym człowiekiem jest M’Baku, który przyjmuje porażkę z pokorą, a później jeszcze jest w stanie schować dumę do kieszeni i pomóc władcy, który go pokonał. To jest rzecz niesamowita i niespotykana, której wszyscy powinniśmy się uczyć. Więc jeśli ten film kiedykolwiek dotrze do masowego odbiorcy w Afryce (w co wątpię, ale to też wątek na inną dyskusję) i cokolwiek zmieni w tej kwestii, to będzie to jego największe zwycięstwo.
Jeśli chodzi o języki, to xhosy było sporo. Uczyły się w niej mówić kolejne postaci. Było też trochę specyficznego kląskania. Jestem usatysfakcjonowana. Cieszę się też, że rozwinięto alfabet symboliczny (oparty lekko na znakach ludu Ashanti, o czym pisałam analizując znamię na szyi Klaue’a). Czekam aż ktoś spisze go na tyle dokładnie, żeby dało się go zacząć używać jako szyfru!
Kolejnym tematem, do jakiego się odnosiłam była rola kobiet. No i tutaj to już zdecydowanie nie było się na czym zawieść. Wszystkie bohaterki są wspaniałe, każda na swój sposób. Moja przyjaciółka, z którą byłam w kinie, śmiała się wręcz, że właściwie T’Challa był w tym filmie tylko figurantem, który siedział i pachniał, a panie odwaliły za niego całą robotę i to w doskonałym stylu. Ale powiem Wam w tajemnicy, że to się całkiem zgadza z doświadczeniem, jakie mam ze spotkań z afrykańskimi kobietami – dla nich po prostu nie ma rzeczy niemożliwych, bardzo często same potrafią utrzymać rodzinę albo jakąś instytucję i (w zależności od kontekstu) trząść nią i komenderować. Podejrzewam, że nie miałoby dla nich znaczenia czy to szpital, szkoła, lokalny sklepik czy całe państwo.

Ostatnim punktem, nad którym trochę się rozwodziłam, było odnoszenie się do kolonializmu, wrzucanie do filmu białych ludzi (było ich niewielu i faktycznie mieli trochę problem jak sobie poradzić z tym, co widzą i wiedzą; czekam jak się ten wątek rozwinie teraz, po otwarciu Wakandy na świat) z rozwiązaniami, podciąganiem wszystkiego pod standardy Amerykańskie… Bałam się tego, ale nie sądziłam, żeby udało się od tego tematu uciec. Chciałam tylko, żeby za bardzo się w nim nie babrać. I chyba mogę uznać, że udało się to zrobić. Konfrontacja perspektywy Afrykańczyka z Afroamerykaninem (w dodatku dość zradykalizowanym) jest ciekawym zabiegiem, dorzucającym trzy grosze do debaty o tożsamości i szukaniu własnych korzeni, a także o sprawiedliwości i prawie do dbania o siebie. Ale to dyskusja na trochę inny czas i miejsce, a także – mam wrażenie – dyskusja, do której nie potrafimy się w Polsce odnieść, bo po prostu nie mamy takiej wiedzy ani takich problemów. I to chyba jeden z powodów, dla których ludzie u nas często tak bardzo się dziwią i nie rozumieją dlaczego USA i Wielka Brytania tak bardzo ten film kocha.
Co pozwala mi płynnie przejść do rozważań o odbiorze filmu właśnie. I nie, nie zamierzam nikogo przekonywać, że to arcydzieło, najlepszy i najważniejszy film, jaki Marvel zrobił. Sama nie uważam, żeby tak było. Ba, nawet nie wskoczył na pierwsze miejsce na liście moich ulubionych filmów Marvela! Doskonale widzę wiele jego wad. Np. zastanawiałyśmy się z koleżanką jaki ten film będzie miał body count; może być wysoki jak na państwo zasadniczo nie zajmujące się walką z innymi… Fabuła jest prościuteńka, mamy tak naprawdę standardowe origin story z pojedynczym antagonistą (choć, trzeba to przyznać  – jako postać jest on naprawdę dobrze napisany i ma wiarygodne i ciekawe motywacje). Nie wiem czy to dobrze, czy źle – teoria mówi, że w każdym nowym wytworze kultury musi być jakiś element nowości i jakiś element znajomy dla widowni, żeby mogła się go uchwycić – tutaj nowy był świat, a fubuła była znana i jej śledzenie nie wymagało dodatkowego wysiłku.
To z kolei przenosi mnie do odpowiedzi na pytanie, dlaczego w Polsce ten film został odebrany chłodniej niż w krajach, które mają wielu obywateli pochodzenia afrykańskiego. Widzieliśmy bowiem głównie tę prostą fabułę. Całe bogactwo kulturowe i światopoglądowe średnio nas obeszło, bo część tej dyskusji nas nie dotyczy, a w przypadku części z niej nie mamy odpowiedniej wiedzy, żeby bawić się w poszukiwanie nawiązań. Mało kto ma znajomych, którzy nagle zobaczą na ekranie tradycyjny strój, w którym chodziła ich babcia. Mało kto starał się bezskutecznie nauczyć wydawać z siebie takie gardłowe dźwięki, które w Afryce zastępują oklaski i różne inne stany emocjonalne albo bezskutecznie uczył się na pamięć niesamowicie długiej sekwencji ruchów składającej się na proste powitanie (zamiast uścisku ręki). Mało kto widział w szkole osoby, które miały stroje w podobne wzory albo rozmawiały z rodzeństwem w równie dziwnych językach. Mało kto ma przyjaciół Afrykańczyków z ich specyficznym śmiechem i poczuciem humoru. Pomyślcie sobie, co musiały czuć takie osoby w Stanach albo w Wielkiej Brytanii. I to wcale nie chodzi o „pierwszego” albo „nie pierwszego” czarnoskórego superbohatera. Jasne, że wcześniej byli inni. Ale ten jest królem. I niesie za sobą całą kulturę, z którą można się identyfikować. Nie jest tylko ciemnoskórym Amerykaninem, ma swoją tożsamość wyrosłą z Afryki. A co najważniejsze – nie jest sam. Jest takich bohaterów cały film! Jeśli chcecie zrozumieć o co chodzi, to zastanówcie się z jakim drżeniem serca myślicie o netflixowym „Wiedźminie”, który może zrobić to samo dla nas – wprowadzić do masowej wyobraźni świat oparty na kulturze i mitologii słowiańskiej. Będziecie mieć namiastkę tego uczucia, które tutaj przeżywała cała Afryka i spora część ludzi mieszkających w innych częściach świata, ale mających korzenie rodzinne gdzieś w Afryce. Zwłaszcza jeśli wiedzą gdzie i znają tamtą kulturę.

One thought on “Ten wpis po Black Pantherze

Leave your comment