„Do your research!”, czyli Sherlock a psychopatologia

Dzisiaj będzie notka, do której napisania przymierzałam się bardzo, bardzo długo. Wracamy mianowicie do analizowania postaci pod kątem psychopatologii, a w dodatku robimy to na przykładzie, który jest bardzo… spektakularny. Czyli (dla niektórych – wreszcie) o Sherlocku BBC i o tym, co jest tam nie tak.

A „nie tak” jest sporo – co mnie osobiście drażni jeszcze bardziej z uwagi na fakt, że scenariusze Moffata całkiem lubię. Ale na psychologii to on się nie zna. Oj, jak bardzo się nie zna…

Zacznijmy od początku, czyli od tego, co zapewne większość osób oglądających serial ma w głowie, kiedy słyszy o „terminologii psychologicznej”, czyli od bodajże najbardziej znanego cytatu: „Nie jestem psychopatą, tylko wysoko funkcjonującym socjopatą!”

Sam się prosił… :P

Wiecie ile (z punktu widzenia psychologii) jest błędów w tym jednym zdaniu? Cztery. Ni mniej, ni więcej – cztery.

Zacznijmy od końca – nie istnieje coś, co można by nazwać „wysoko funkcjonalną socjopatią”. Każdy socjopata jest wysoko funkcjonujący (czyli potrafiący odnaleźć się w świecie społecznym, i tym sposobem zmanipulować i oszukać kogo trzeba), i – jednocześnie – żaden nie jest (no bo jednak jest socjopatą).

Określenie „wysoko funkcjonujący” odnosi się natomiast w terminologii psychologicznej głównie do zaburzeń ze spektrum autyzmu, gdzie faktycznie ma sens – tam te różnice funkcjonowania mogą być naprawdę znaczne i w istotny sposób wpływać na życie danej osoby.

Problem największy – ta poprawka jest kompletnie bez sensu, ponieważ „psychopatia” i „socjopatia”… są dokładnie tym samym zaburzeniem! Zmieniło ono jedynie nazwę w nowszych wersjach klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych (między innymi ze względu na to, że słowo „psychopata” weszło do potocznego użytku, nabierając jednocześnie pejoratywnego wydźwięku), więc w zależności od czasu stawiania diagnozy ta sama osoba będzie psychopatą lub socjopatą. Fakt, że brzmi to może i mądrzej, ale nie ma najmniejszego sensu. A przy postaci, jaką jest Sherlock, nie jestem w stanie przyjąć do wiadomości tego, że on nie rozróżnia takich rzeczy. Wręcz przeciwnie – jestem przekonana, że on by to sprawdził we wszelkich możliwych książkach po 15 razy i poprawiałby każdego psychiatrę i/lub psychologa, rzucając odpowiednią stroną z DSMu (amerykańska klasyfikacja chorób i zaburzeń psychicznych) i kodem z ICD (klasyfikacja wg WHO). Chyba, że to była odzywka obliczona tylko na zakpienie z Andersona, bo on i tak się nie zorientuje… ale to już chyba zbyt daleko idąca teoria spiskowa i moje własne pomysły, co z tym błędem zrobić, żeby to jeszcze miało sens. ;)

<uwaga na marginesie dla osób znających Doktora> W tym momencie wychodzi na to, że River Song i Sherlock mają wg Moffata to samo zaburzenie osobowości (nie wiem, czy ktokolwiek znający te dwie postaci jest w stanie w to uwierzyć; ja na pewno nie). A najśmieszniejsze jest to, że żadna z tych postaci nie ma tego, co zostało jej „zdiagnozowane” w scenariuszu, choć każda jakieś zaburzenie ma. </uwaga na marginesie>

Problem czwarty jest natury bardziej ogólnej i wynika z tego, że całe powyższe zdanie jest bzdurą, ponieważ Sherlock nie jest ani psychopatą / socjopatą, ani nie ma autyzmu. Co nie znaczy, że jest z nim tak całkiem wszystko w porządku. ;)

No jednak nie. ;)

Co w takim razie „ma”? To osobna historia…

Jak na początku każdych rozważań z cyklu „cóż takiego dzieje się z postaciami fikcyjnymi, których nigdy nie poznałam”, należą się zastrzeżenia dotyczące tego, że poniższe akapity są całkowicie i od początku do końca moją własną, wydumaną teorią. Nie jest to pełnoprawna diagnoza (której nie miałabym szans zrobić, ze względu na niemożliwość spotkania swojego „pacjenta”), a dodatkowo znalazłoby się zapewne wiele osób, które równie przekonująco mogłoby udowodnić obecność u tego samego bohatera zupełnie innych zaburzeń (czego, swoją drogą, bardzo chętnie bym posłuchała!). Przy okazji – ja opieram się tu tylko i wyłącznie na tym, co zostało powiedziane i pokazane w tym konkretnym serialu.

Uczyniwszy powyższe zastrzeżenia, możemy przejść do tego, co wszystkich interesuje najbardziej, czyli do „diagnozy”.

Ta moja przedstawia się następująco: schizoidalne zaburzenie osobowości.

Brzmi bardzo mądrze, ale co to właściwie znaczy? Po pierwsze – nie ma to nic wspólnego ze schizofrenią (to byłoby zaburzenie schizotypowe; nie pytajcie, kto te nazwy wymyślał i dlaczego są takie podobne). Jest to zaburzenie osobowości – nie choroba psychiczna, nie ma nic wspólnego z psychozą i ciężkimi zaburzeniami wiążącymi się ze zmianami percepcji świata. Jest to zmiana, która w najlżejszej formie jest po prostu specyficznymi cechami charakteru.

Zaburzenie to polega – mówiąc najprościej i najkrócej – na byciu chorobliwym introwertykiem. Są to osoby, które najczęściej pracują samotnie, preferują pracę analityczną, czy to w laboratorium, czy to dotyczącą faktów i danych. Bardzo ciężko przychodzi im nawiązywanie głębszych kontaktów – praktycznie nie mają przyjaciół, o związkach intymnych nie wspominając; często ich relacje z rodziną również są bardzo luźne. Przy czym – co warto zaznaczyć – nie wynika to z jakichkolwiek braków w tym zakresie. Po prostu ich to zupełnie nie interesuje i uważają tego typu aktywności za całkowitą stratę czasu. Zamiast użerać się z ludźmi, chcą jak najszybciej wrócić do swoich cyferek i danych, zająć się tym, co ma dla nich więcej sensu. Tak samo odnoszą się do wszelkich konwenansów i zasad współżycia społecznego – są ich świadomi, ale przestrzegają ich wtedy, kiedy im to pasuje. Są to również osoby skłonne do zamykania się we własnym świecie i sprawiające wrażenie, że jest im całkowicie obojętna zarówno krytyka jak i pochwały.

Co w takim razie z psychopatą? Szkoda by było nie mieć żadnego, to takie fajne zaburzenie! No i jest, a jakże. Jest w tym serialu modelowy wręcz socjopata – Jim Moriarty.

To on jest postacią, która doskonale zna zasady rządzące społeczeństwem i potrafi się do nich świetnie dostosować; co więcej – wykorzystać je tak, żeby służyły właśnie jemu. To on potrafi stworzyć iluzję swojej osoby, w taki sposób, że oszuka większość ludzi; owinąć sobie wokół palca wiele osób (zwłaszcza kobiety); wcale nie przeszkadza mu przybranie fałszywej tożsamości i życie przez dłuższy czas jako ktoś inny, tylko po to, żeby osiągnąć jakiś cel. Pozwala się też przecież zamknąć w więzieniu dlatego, że tylko w ten sposób może wyciągnąć interesujące go informacje. Jednocześnie – mimo otoczki porządnego i dobrze zsocjalizowanego człowieka – życie ludzkie ma właściwie za nic, odebranie go nie jest żadnym problemem („- Ludzie umierali! – Ludzie już tak mają!”), potrafi także w momencie stracić panowanie nad sobą i zacząć krzyczeć, choć sekundę wcześniej był spokojny; potrafi też w momencie zmienić zdanie. Wiemy o nim też, że zaczął swoją działalność stosunkowo wcześnie (historia z butami i zmarłym pływakiem z odcinka Wielka gra), co jest o tyle ważne, że psychopatię diagnozuje się u osób dorosłych (po 18 r.ż.), ale tylko wtedy, kiedy niektóre jej oznaki (np. patologiczne kłamstwo, skłonność do okrucieństwa) występowały już wcześniej (przed 15 r.ż.).

Oczywiście nie każdy psychopata będzie się zachowywał tak jak on. Nie każdy będzie miał dalekosiężne plany zniszczenia swojego przeciwnika – większość z nich w ogóle nie będzie zdolna do tak daleko posuniętego planowania czegokolwiek. Jednak pamiętajmy, że tutaj mamy do czynienia z psychopatą, który dodatkowo jest genialny, co zawsze utrudnia sprawę. Faktem jest, że tacy są najciekawsi (zwłaszcza z punktu widzenia historii, jakie z ich udziałem można stworzyć), jednak jest ich równie mało, jak geniuszy w całej populacji. ;)

Z postaci, które można byłoby poddać analizie, warto wspomnieć też Mycrofta. Chociaż tutaj rzecz jest jednocześnie prostsza i trudniejsza, ponieważ to nie jest osoba, mająca jakieś konkretne zaburzenie. Jest to człowiek z obsesją kontroli, to na pewno. Ale jego największym problemem jest po prostu jego inteligencja. Z punktu widzenia statystycznego, bardzo wysoka inteligencja jest równie dużym zaburzeniem jak upośledzenie umysłowe (po prostu skierowanym w inną stronę). Już Sherlocka ludzie nudzą i są dla niego zbyt przewidywalni. Dyskutowanie z osobami, które nijak nie mogą zrozumieć o co nam chodzi i myślą trzy razy wolniej naprawdę może być frustrujące. A przecież wiemy, że Mycroft jest od Sherlocka bardziej inteligentny. Że nawet Sherlock go nudzi i jest dla niego zbyt wolny i zbyt przewidywalny. Jak bardzo muszą go w takim razie męczyć statystyczni ludzie!

W serialu fajnie widać, jak każdy z nich sobie z tą nudą radzi: Sherlock wyraźnie chce być aktywny (marzenie o zostaniu piratem!) i chce być raczej obok wszystkich wielkich wydarzeń, pracować z ludźmi, których sam sobie wybierze, bez względu na ich status, a nade wszystko – rozwiązywać zagadki i myśleć nad łamigłówkami, które zadaje mu życie i inni ludzie. Mycroft natomiast znalazł sobie kawałek świata, którym może rządzić, nie wstając z ulubionego fotela, może na co dzień widywać się z najbardziej możnymi tego świata – ba, nawet na nich wpływać! Wyprzedza wszystkie ruchy przeciwnika, zanim on sam zdąży o nich pomyśleć…

Różnica między nimi jest mniej więcej taka jak między mistrzem boksu a mistrzem szachowym.

W tym miejscu (bo kiedyś trzeba tę notkę skończyć, najlepiej zanim się wpadnie w szał analizowania każdego zdania, wypowiedzianego przez każdą postać) trzeba przede wszystkim pochwalić aktorów. Którzy – często mając właściwie sprzeczne (chociaż to może tylko dla mnie, bo wiem co te nazwy znaczą) informacje, potrafią wykreować postaci, które mają całkowicie spójne zachowanie i osobowość, choć ma się to nijak do tego, jaką „diagnozę” stawia im scenarzysta. Bo to, co jest na ekranie widoczne, pasuje mi dużo bardziej od tego, co zostało powiedziane. :)

PS. Mam nadzieję, że nigdy nie spotkam Stevena Moffata osobiście, a już absolutnie nie będę miała okazji wdać się z nim w jakąkolwiek dłuższą dyskusję. Podejrzewam, że to by się naprawdę mogło źle skończyć… ;) Chociaż kiedyś, w przypływie desperacji, miałam nawet pomysł napisania do niego z ofertą, zakładającą że będę dla niego pracować i sprawdzać mu wszystkie scenariusze pod kątem stosowanej w nich terminologii psychologicznej… Pilnujcie, żebym tego nie zrobiła. :P

5 thoughts on “„Do your research!”, czyli Sherlock a psychopatologia

  1. Nie wiem skąd to wzięłaś, ale socjopatia i psychopatia to dwa różne zaburzenia. Są w pewnym stopniu do siebie podobne, ale na pewno nie są tym samym. Psychopatia jest zaburzeniem wrodzonym, zaś socjopatia- nabytym. Poza tym psychopaci są brutalniejsi od socjopatów, którzy są zaś o niebo lepszymi manipulatorami od psychopatów.

    1. Wzięłam to z moich studiów – powtarzało się kilkukrotnie na ćwiczeniach i wykładach. Jeśli będziesz zainteresowana, to bardzo chętnie poszukam dokładniejszych źródeł (ale to już po świętach).
      To fakt, że w literaturze jest sporo zamieszania z tymi dwoma zaburzeniami, ale o brutalności i manipulacji z kolei nie słyszałam ja (a przynajmniej nie w takim mocnym i kardynalnym rozgraniczeniu) – gdzie mogę znaleźć o tym coś więcej?

    1. Niestety w psychologii jest bardzo wiele elementów, które mają kilka różnych definicji. To jest bardzo dobry przykład – psychopatia i socjopatia mają co najmniej kilka różnych definicji.
      Ja opierałam się tutaj na przesłankach z kolejnych wersji DSMu (czyli podręcznika diagnostycznego Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego) – w tym przypadku często wprost jest mówione, że zmiana nazwy jest związana z tym, że termin „psychopata” wszedł do słownictwa potocznego.
      Istnieją też definicje związane z rozróżnieniem osobowości aspołecznej i antyspołecznej, co niektórzy nakładają na podział socjopatia (ma być równoznaczne z osobowością aspołeczną) – psychopatia (ma być równoznaczne z osobowością antyspołeczną), podczas gdy w innych definicjach aspołeczność i antyspołeczność są typami psychopatii/socjopatii (rozumianej jako to samo zaburzenie)… jest tego naprawdę mnóstwo.

      Z mojego punktu widzenia najważniejsze jest to, że fraza „wysokofunkcjonujący socjopata” dalej nie ma sensu. ;) Nawet jeśli zgodzimy się (przyjmując te definicje rozróżniające te dwa zaburzenia) co do faktu, że Sherlock mógłby być socjopatą (ale wciąż najwyżej ten Sherlock z pierwszego-drugiego sezonu; teraz to już wygląda zupełnie inaczej), to wciąż stwierdzenie o byciu „wysokofunkcjonującym” świadczy o zupełnym niezrozumieniu charakteru tego zaburzenia (wszystko jedno czy nazwiemy je socjopatią czy psychopatią). I to jest tak naprawdę rzecz, która najbardziej mi w tym wszystkim przeszkadza – nie wierzę, że Sherlock Holmes nie wiedziałby czegoś takiego. ;)

  2. Serdeczne dzięki za analizę! Czułam intuicyjnie, że coś nie gra z tymi zaburzeniami wykreowanymi przez Moffata, ale nie umiałam tego nazwać i często, podczas oglądania serialu byłam zagubiona i zirytowana różnicą w diagnozie i w zachowaniu bohaterów, zwłaszcza Sherlocka. Twój artykuł dużo mi wyjaśnił. Pozdrawiam!

Leave your comment