W odcinku: Dyktatura cliffhangerów? (Criminal Minds – serial)

Dzisiejszy wpis właściwie będzie odnosił się do więcej niż jednego odcinka, więc tytuł może być nieco mylący. O co chodzi?

Zapewne część z Was ogląda serial Criminal Minds. Nie wiem na jakim etapie jesteście, ale nie martwcie się – nie będzie tu wielkich spoilerów dotyczących fabuły; dziś będziemy mówić raczej o konstrukcji opowieści. Brzmi poważnie, wiem. Co jednak kryje się za tym stwierdzeniem? Obecny w tytule cliffhanger.

 

Czym jest taki zabieg, wiedzą zapewne wszyscy, którzy oglądają seriale. Jest to każdy ten moment, w którym pojawia się plansza z napisami końcowymi odcinka, a my wręcz mamy ochotę krzyknąć do ekranu, żeby pokazano nam co będzie dalej. Czy bohaterowie przeżyli ten wypadek samochodowy? Kto wyszedł z windy, która właśnie się otwierała? Co ona mu odpowie na to wstrząsające wyznanie?… I tak dalej, można by było ciągnąć tę wyliczankę w nieskończoność.
Celem stosowania tej sztuczki jest oczywiście zaciekawienie widzów, sprawienie żeby włączyli kolejny odcinek czy kolejny sezon. Działanie opiera się na mechanizmie psychologicznym (oczywiście!) zwanym potrzebą domknięcia. Jest ona dokładnie tym, co sugeruje – nie lubimy pozostawiać otwartych spraw, niedokończonych wątków; tyczy się to zarówno życia, jak i fikcji. Niektórzy ludzie mają tę potrzebę większą (i np. nie są w stanie odłożyć rozpoczętej książki, chociaż w sumie jest całkiem nijaka), inni mniejszą (i np. potrafią na podstawie pierwszych 20 min. zdecydować, czy będą oglądać jakiś film).
Przeciwko samym cliffhangerom nic nie mam – często są dobrze pomyślane i wprowadzone w ciekawych momentach, pozwalają na snucie szalonych teorii pomiędzy sezonami czy odcinkami. Wiąże się to zresztą często z kwestią oczekiwania na kolejne odcinki, co samo w sobie byłoby niezłym przedmiotem debaty… ale dziś nie o tym.

 

Dziś chciałabym się zastanowić, czy cliffhanger zawsze jest potrzebny i dlaczego go stosować, jeśli nie pasuje? W tym celu chciałabym odwołać się do wspomnianego już Criminal Minds, a konkretnie do ostatniego przełomu sezonów. Poprzedni (kończący się jakoś na początku wakacji) był w dużej mierze zdominowany przez tzw. metafabułę, czyli historię spajającą wszystkie odcinki (chociaż każdy z nich miał też jakąś sprawę we własnym obrębie) i czekającą na wielkie rozwiązanie pod koniec sezonu. Jak już pewnie zgadliście – rozwiązanie nie nastąpiło, mieliśmy właśnie cliffhanger (tu – z wypadkiem samochodowym). Pierwszy odcinek nowego sezonu (końcówka września) dedykowany był właśnie rozwiązaniu tej sprawy, a później serial wrócił do swojego stałego schematu ze „sprawą tygodnia”.
Dlaczego przeszkadza mi to akurat w tym wypadku? Zaraz wyjaśnię.
O Criminal Minds pisałam już kilka razy – m.in. w kontekście nauki psychologii i pokazywania różnych reakcji bohaterów na ich – ciężką przecież i niewdzięczną – pracę i wydarzenia z nią związane. Tym razem jednak zdecydowanie coś nie wyszło. Twórcy dalej stosują się do tego jak działa ludzka psychika w tego typu pracy i fundując swoim bohaterom traumatyczny wątek, dbają o to, żeby później poddać ich ewaluacji psychologicznej i odesłać na długi urlop. I właśnie w tym kontekście zupełnie nie pasuje mi rozwiązanie z cliffhangerem, który jest wyraźnie robiony na siłę i tylko po to, żeby zakończyć nim sezon. Jak pisałam wyżej, rozwiązanie wątku zajęło jeden odcinek na początku nowego sezonu, a po nim bohaterowie zostali odesłani na urlopy, po czym tydzień później wrócili do pracy po 3 miesiącach przerwy.
Czy tylko mnie się wydaje, że lepiej sprawdziłoby się rozwiązanie bez cliffhangera: zwyczajne rozwiązanie wątku i odesłanie bohaterów na urlop równoległy z przerwą wakacyjną serialu? Zwłaszcza w przypadku serialu tego typu, będącego proceduralem ze „złoczyńcą tygodnia” i często grającego czasem rzeczywistym (chociażby emitując odcinki „tematyczne” w okolicy różnego rodzaju świąt). Wydaje mi się, że większość osób wciąż ten serial oglądająca (ostatecznie jesteśmy już w 13 sezonie…) bynajmniej nie robi tego ze względu na niepewność co do dalszych losów bohaterów, tylko z zainteresowania tematyką…

 

Nie twierdzę bynajmniej, że cliffhangery są złem. Sama często doceniam potencjał tworzenia szalonych teorii na ich podstawie. Jednak moje rozwlekłe narzekanie miało być przyczynkiem do zauważenia (może dyskusji?), że nie zawsze takie rozwiązanie jest najlepsze. Zgadzacie się z tym, czy wolicie, kiedy serial zostawia Was z niepewnością co do zakończenia jakiegoś wątku? Może macie swoje ulubione przykłady zastosowania tej strategii?

 

Jednocześnie chciałam z radością donieść, że w najnowszym odcinku serial wrócił do swojej bardzo dobrej formy i nieszablonowego podejścia do tematów, często bardzo trudnych i skomplikowanych. Ciągle nie mogę wyjść z podziwu jak udaje im się mieścić takie fabuły z licznymi zmianami perspektyw w 45 minutowych odcinkach.

Leave your comment