Socjopata(?) 4 lata i dwa sezony później (Sherlock – serial)

Zacznijmy od tego, że to będzie niepopularna opinia. Jeszcze nie widziałam żadnego dłuższego wpisu po 4. sezonie Sherlocka, który by ten serial (z naciskiem na ostatni odcinek) chwalił. A ja będę!

Zacznijmy od początku. Sherlock, zarówno jako postać jak i jako cały serial, przeszedł bardzo długą drogę i bardzo się pozmieniał. Ostatnią analizę psychopatologii postaci z tego serialu robiłam po jego drugim sezonie, zdecydowanie najwięcej czasu poświęcając odpowiedziom na pytania o możliwość bycia psychopatą lub socjopatą przez poszczególnych bohaterów (głównie braci Holmesów). Jeśli kogoś interesuje ta analiza – zapraszam tutaj. Obecnie będę się do niej oczywiście odnosić, bo od tego czasu całkiem sporo się pozmieniało.

Oczywiście wpis zawiera ogromną ilość SPOILERÓW.

Po ostatnim odcinku specjalnym narzekałam na zbyt dużą ilość dramatów i czekałam na zagadkę. Po pierwszym odcinku tego sezonu miałam bardzo mieszane uczucia (jednak sporo w nim było dramatów). Ale dwa kolejne były już coraz lepsze. Drugi odcinek wreszcie zawierał zagadkę kryminalną i mordercę, którego trzeba powstrzymać. Dostałam pytania odnośnie tego, czy taki seryjny morderca jest prawdopodobny. Trochę ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, bo właściwie nie mieliśmy w odcinku problemów z odszukaniem go (co przeważnie jest główną trudnością w złapaniu takich osób), tylko z udowodnieniem mu winy. Jeśli zaś chodzi o pozostałe elementy, to motywacje są jak najbardziej prawdopodobne, sposób działania (z pewnymi zastrzeżeniami, o których będzie jeszcze mowa na końcu, bo dotyczą nie tylko tej postaci) właściwie też. Jedyna rzecz, do jakiej bym się w kontekście tego wątku przyczepiła, to magiczny (bo tak trzeba to określić) roztwór, wymazujący z pamięci określoną ilość czasu. Pamięć ludzka jest o wiele bardziej skomplikowanym mechanizmem, a konsolidacja śladów pamięciowych (czyli proces powodujący, że informacje znajdują się na stałe w naszej pamięci długotrwałej) działa zdecydowanie dłużej i na zbyt wielu etapach, żeby można było ją zahamować podaniem jakiegokolwiek leku. W dodatku szanse, że zadziałałoby to tak precyzyjnie – wymazując wszystko z interesującego nas momentu i nie zmieniając niczego poza tym – jest właściwie zerowa. Trochę liczyłam na to, że właśnie taka będzie historia córki, której jednak formuła chemiczna nie wymaże pamięci; a właściwie, że po kilku latach będzie ona w stanie przypomnieć sobie jakieś strzępki informacji i to właśnie sprowadzi ją do mieszkania Sherlocka.

Co ciekawe – twórcy jednak zdają sobie sprawę z tego jak działa ludzka pamięć. W przypadku historii z Eurus zagrali tymi mechanizmami w sposób niemal doskonały. Bo – jak się zapewne domyślacie – to właśnie tą historią i tą postacią chciałabym się zająć przede wszystkim. No i dorzucić kilka pobocznych wątków – głównie co nowego wiemy w tym momencie o braciach. Ale po kolei.

Po zakończeniu drugiego odcinka cieszyłam się jak dziecko – znowu miałam się nad czym zastanawiać, znowu miałam materiał do tworzenia dzikiej ilości teorii (w sumie wyprodukowałam chyba 5, oczywiście wzajemnie się wykluczających), znowu miałam zagadkę, która wymagała intensywnego łączenia kropek. Cofnęłam się w rozważaniach do pierwszego sezonu, przypominałam sobie i wyszukiwałam szczegóły, zastanawiałam się i czekałam na rozwiązanie. Jednym słowem – wróciłam do tego, co Sherlock oznaczał dla mnie na początku i za co pokochałam ten serial.

Tutaj chciałabym jednak zacząć trochę od końca, a właściwie nie tyle od końca, co biorąc pod uwagę wszystkie informacje, które się w odcinku pojawiły. Zakładam, że wszyscy go już widzieli, bo bez tego będzie ciężko.

Po pierwsze – wreszcie rodzina Holmesów dorobiła się pełnoprawnego psychopaty (czy socjopaty, zależy jak na to popatrzeć – ale sądzę, że nawet najbardziej restrykcyjne definicje będą w tym przypadku spełnione). Chociaż nawet w tym przypadku nie jest to takie proste i oczywiste jak mogłoby być. Jednocześnie jeśli ktoś jeszcze po tym odcinku będzie twierdził, że Sherlock jest socjopatą, to powinien go pooglądać jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze.

Tutaj doskonale widać różnice między podejściem tej dwójki do rzeczywistości, a przede wszystkim – do innych ludzi. Dla Eurus ludzie są środkiem do celu, pobocznymi stratami, ewentualnie materiałem badawczym, na którym można coś sprawdzić (albo wykorzystać go do sprawdzenia czegoś). Jej podejście do moralności i do śmierci jest czysto logiczne – nie ma żadnej różnicy czy zginie jedna osoba, czy dwie, bo przecież i tak w końcu wszyscy umrzemy. Brakuje jej empatii, zwłaszcza empatii emocjonalnej – intelektualnie wie, jak ludzie zachowają się w danej sytuacji, ale musi to sprawdzić sama, bo w to nie wierzy, nie „czuje” tego, to jest dla niej głupie i nielogiczne. Przykładem może być choćby pierwsza „próba”, której zostają poddani Sherlock, Mycroft i Watson – jest to jedna z klasycznych wersji tzw. dylematu wagonika, którą bada się decyzje moralne ludzi. We wszelkich badaniach wychodzi, że ludzie prędzej dopuszczą do większej ilości śmierci, jeśli ich powstrzymanie wiązałoby się z własnoręcznym dokonaniem morderstwa (w opisywanym przykładzie chodzi o zepchnięcie człowieka na tory, aby zatrzymać wagonik i uratować 5 innych osób). Jeśli można to zrobić zdalnie (przestawiając zwrotnicę), zdecyduje się na to zdecydowanie więcej osób. Kontekst, emocje i siła oddziaływania na nasze zahamowania moralne są w tych sytuacjach całkowicie inne, chociaż obiektywnie większość osób zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma to żadnego logicznego sensu. Eurus to sprawdza, bo tego nie „czuje”, nie wierzy w siłę tego motywu, fascynuje ją to.

Sherlock natomiast empatię przejawia i to przejawia ją najmocniej z całego rodzeństwa (co jest w sumie do pewnego stopnia logiczne, biorąc pod uwagę to, co wiemy o ich inteligencji, ale do tego jeszcze wrócę). Widać to po tym jak odnosi się do zwierząt i do dzieci – w całym serialu, ale w tym odcinku najwyraźniej. Jego cierpliwość i spokój w rozmowach z dziewczynką z samolotu są wręcz oszałamiające. Przy scenie rozmowy z Molly również doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co robi – świadomie łamiąc pewne bariery dla ratowania jej życia (do tego fragmentu i całej burzy wokół też jeszcze wrócimy).

Wracając jeszcze do Eurus i jej psychopatii: widzimy też jak doskonałą jest manipulantką. Jeśli chodzi o prawdopodobieństwo tej umiejętności, to jest ona prawdopodobnie przerysowana, głównie jeśli chodzi o czas potrzebny naszej bohaterce do dokonania takiej manipulacji, ale co do zasady – zgoda. Mamy też bardzo wyraźne dowody na to, że przejawiała okrucieństwo przed 15 r.ż. (co też jest jednym z kryteriów diagnostycznych), i to sporo przed tą granicą. Jak bardzo było to okrucieństwo świadome, to też inna kwestia i do niej też wrócimy.

Zastanawiałam się długo, co można tutaj znaleźć poza psychopatią. Bo że coś jeszcze tam jest, było dla mnie oczywiste ze względu na zakończenie. Początkowo myślałam o rozszczepieniu osobowości (oderwanie od domu rodzinnego jest zawsze traumą dla dziecka, choćby nie wiem jak bardzo było inteligentne), ale nie do końca pasowało mi to do tego, jak bardzo spójne były wszystkie działania dorosłej Eurus. W większości wypadków poszczególne osobowości niekoniecznie są świadome swojego istnienia, a tym bardziej nie działają w tak spójny sposób w kierunku osiągnięcia jednego celu. Wydaje mi się więc, że tutaj znów mamy do czynienia głównie z podstawowym problemem, jakim jest… inteligencja i wybitne zdolności umysłowe. Dopiero na to nakładają się braki w empatii i czynniki środowiskowe.

Dla bardzo wielu osób stwierdzenie, że bycie inteligentnym jest problemem, może być dziwne. Weźcie jednak pod uwagę, że biorąc pod uwagę średnią statystyczną (do której dąży ludzkość) wysoka inteligencja jest równie dużym (jeśli chodzi o natężenie) odchyleniem od normy jak upośledzenie umysłowe. Jest to po prostu odchylenie skierowane w inną stronę. Nasza kultura zdecydowała, że inteligencja jest czymś wartościowym, więc uważamy takie osoby za szczęściarzy, ale tak naprawdę – wcale tak nie jest. Większość naprawdę inteligentnych osób jest dość samotna, bo mało kto za nimi nadąża, a mało komu, kto za nimi nie nadąża chce się bawić w taką relację. Już Sherlock ma ten problem, choć wiemy, że on jest tylko trochę bardziej inteligentny. Już Mycroft jest od niego znacznie bardziej samotny. Teraz wyobraźmy sobie Eurus jako dziecko – już wtedy niesamowicie inteligentne. Nikt, nawet dorośli, nie mogą jej zrozumieć i za nią nadążyć (patrz problem z piosenką, której nie rozszyfrował nikt). Nie może za nią nadążyć także wybitny (i sporo starszy) brat. Jednocześnie – Sherlock jest jedynym z rodzeństwa, który ma przyjaciół, który ma się z kim bawić, ma kolegę. Nie dziwię się im, że nie dopuszczali siostry do zabaw – to taki wiek, w którym stwierdzenia „bo jesteś dziewczyną” i „bo wszystko psujesz” kończą dyskusję. Nie dziwię się też małej Eurus, że zazdrościła bratu kompana do zabaw; że chciała żeby brat pobawił się też z nią. Skutkiem jak najbardziej może być to, że po logicznym przemyśleniu sprawy, nasza przedsiębiorcza bohaterka, zdecydowanie bardziej rozwinięta pod kątem intelektualnym niż moralnym i emocjonalnym, z brakami na poziomie empatii (brak umiejętności odróżniania śmiechu od krzyku/płaczu!), wymyśliła sposób na permanentne pozbycie się niechcianego kolegi, sądząc naiwnie (w sposób całkowicie naturalny dla dziecka), że brat zacznie wreszcie zwracać na nią większą uwagę. Kiedy tak się nie stało, zaczęła rozładowywać swoją frustrację na obrazkach, powodując w konsekwencji pożar domu. Nie dziwię się też, że w konsekwencji podjęta została decyzja o jej odizolowaniu.

Zwróćmy uwagę na to, że tak naprawdę Eurus cały czas dąży do tego celu. Zajęło jej to całe życie, ale jej celem – także w tym odcinku – jest to, żeby Sherlock zwrócił na nią uwagę, żeby się z nią pobawił. Cały plan – począwszy od podporządkowania sobie więzienia (bo nijak inaczej tej placówki nazwać nie można), przez wyciąganie informacji od Mycrofta, rozmowę z Moriartym (swoją drogą, podejrzewałam głupotę Mycrofta w zakresie oceny ryzyka w udostępnianiu informacji osobom tego rodzaju już od pewnego czasu, ale skontaktowanie ze sobą tej dwójki było już przesadą, nawet jak na niego… cóż, władza), próby zbliżenia się do Watsona (czy jako kochanka, czy jako terapeutka), pojawienie się w mieszkaniu Sherlocka – sprowadzał się do zainteresowania brata swoją osobą (tak na marginesie – podejrzewam, że informacji na temat tego, że Sherlock ją zapomniał, też udzielił Mycroft…) i pewnego rodzaju powrocie do sytuacji z dzieciństwa, z nadzieją, że teraz zrozumie o co chodzi. Wtedy faktycznie dziewczynka z samolotu staje się tylko pewną metaforą, wytworzoną przez umysł Eurus, a nie oddzielną osobowością. Z tej metafory (a właściwie z tego, jak ta dziewczynka została przedstawiona) też możemy wywnioskować ciekawe rzeczy. Może to pewna nadinterpretacja, ale moim zdaniem  można powiedzieć, że właśnie w takim „wieku emocjonalnym” będzie nasza bohaterka – na moje oko będzie to ok. 9-10 lat. Całkiem prawdopodobne, że tylko do tego etapu była w stanie rozwinąć się samodzielnie, będąc odizolowaną od świata i innych ludzi – zwłaszcza rówieśników. Emocji, rozumienia ich i radzenia sobie z nimi uczymy się tylko w społeczeństwie i tylko przez kontakt z innymi osobami – coś, czego prawdopodobnie Eurus była praktycznie pozbawiona, przynajmniej od pewnego momentu (Mycroft i jego zakazy kontaktu), a wcześniej miała w tym zakresie znaczne ograniczenia (w końcu na tym polega odizolowanie kogoś). Intelektualnie nie zrobiło jej to krzywdy – przy jej inteligencji i pamięci (w którymś momencie wspomina o tym, że pamięta wszystko, więc podejrzewam pamięć absolutną – jak najbardziej pasującą do tej postaci), podejrzewam, że była w stanie nauczyć się właściwie czegokolwiek samodzielnie. Jeśli chodzi o empatię, emocje i moralność – prawdopodobnie różnica od „normy” nie byłaby aż tak dramatyczna. Jasne, prawdopodobnie nigdy nie rozwinęłaby ich w takim stopniu jak inne osoby, ale mogłaby nauczyć się żyć w społeczeństwie bazując na bardziej intelektualnym rozumieniu kontaktu z ludźmi (jak to robią niektórzy wysokofunkcjonujący autystycy). Tutaj ponownie wchodzi nam kwestia inteligencji, która „przeszkadza” w rozumieniu emocji – Sherlock ma najniższą inteligencję z rodzeństwa i jest z nich najbardziej empatyczny (choć widać jak bardzo próbował to tłumić przez długi czas – okazywanie emocji jest chyba największą zmianą, jaka dokonuje się w tej postaci na przestrzeni 4 sezonów serialu); Mycroft jest bardziej inteligentny, z empatią jest gorzej, ale bez problemów funkcjonuje społecznie; Eurus jest najinteligentniejsza, rozwój sfer intelektualnej i emocjonalnej był mniej harmonijny (plus nałożyło się na to środowisko) – empatii praktycznie brak.

Żeby było jasne – nie twierdzę, że jest to czyjakolwiek wina (jeśli już, to najbardziej Mycrofta, chociaż jego pobudki i potrzebę kontroli nad sytuacją też rozumiem). Zajmowanie się wybitnie inteligentnym dzieckiem, które od pewnego momentu przestaje się rozumieć, jest niesamowicie trudne i takie mnóstwo rzeczy może pójść źle, właściwie na każdym etapie, że trudno tu mówić o jakimkolwiek zaniedbaniu, czy czymś takim.

Do analizy całej sytuacji potrzebny nam jest jeszcze jeden element, o którym już wspomniałam przy funkcjonowaniu pamięci, czyli sam Sherlock. Mały Sherlock, który zapomniał i duży Sherlock, który nie pamięta.

Właściwie nie zapomniał. Jak na moje oko mamy tutaj ładnie pokazany przykład wyparcia, czyli mechanizmu polegającego na „pozbyciu się” (oczywiście nie jest to proces intencjonalny, ale do tego zaraz wrócimy) ze świadomości tego, co może nam zagrażać – być dla nas zbyt trudne np. emocjonalnie, o czym wolelibyśmy zapomnieć, a czasem tylko nas drażni. Tutaj mielibyśmy do czynienia z wyparciem wtórnym, czyli „zapomnieniem” tego, że w ogóle coś tego rodzaju się przydarzyło, albo interpretacji tego w sposób mniej zagrażający. Samo wspomnienie o siostrze mogłoby wiązać się ze zbyt trudnymi emocjonalnie wspomnieniami (pożar domu, zaginięcie przyjaciela), więc zostało ono wyparte – co było o tyle łatwe, że Sherlock mógł być wtedy na granicy wieku, w którym zaczynają się tworzyć nasze stałe i niezmienne wspomnienia (czyli mieć ok. 7 lat). Za tym przemawia też fakt, że już dorosły Sherlock podświadomie kojarzy fakty – w trakcie rozmowy z siostrą w przebraniu ma przebłyski z dzieciństwa, a konkretnie z zabawy ze swoim psem. Mechanizm zamieniający przyjaciela na wymarzonego i nieosiągalnego psa też jest możliwy, chociaż mam trochę pretensji do twórców, że zdecydowali się na takie rozwiązanie. Wszystkie opisane mechanizmy zadziałałyby identycznie w przypadku ukochanego psa, będącego faktycznie własnością Sherlocka, a nawet w przypadku „rodzinnego” psa, którym głównie Sherlock by się zajmował. Ta zmiana nie wniosła do fabuły właściwie nic, poza szokowaniem widza.

Tak jeszcze z innej beczki – pomysł Mycrofta na sprawdzanie poziomu wyparcia Sherlocka nie jest taki zły. Tzn. to jest dokładnie ten moment, w którym twórcy pokazali, że jednak zdają sobie sprawę z mechanizmów działania ludzkiej pamięci. Choć z drugiej strony, jeśli Sherlock świadomie usłyszał bajkę o złym wschodnim wietrze zbyt wiele razy, to prawdopodobnie cytat będzie kojarzyć mu się tylko z tym i straci moc sprawdzania podświadomych skojarzeń.

Podsumowując – jestem fanką tego, jak została napisana postać Eurus. Cieszę się z tego, że wreszcie dostaliśmy porządną zagadkę i intrygę. Cieszę się z pokazania dzieciństwa Holmesów, bo to wiele wyjaśnia – w kontekście całej trójki. Cieszę się też z zakończenia (mówię o przemowie, którą na koniec raczy nas z płyty Mary), bo zrobiła ładną klamrę tym dwóm sezonom z dramatami i rozwojem postaci. Jeśli serial wróci, to mam nadzieję, że wreszcie będzie po prostu kryminałem, tak jak był w dwóch pierwszych sezonach. Bo Sherlock Holmes nie musi być niczym więcej niż genialnym detektywem. Bo przecież liczą się historie, które się opowie, a nie to jak i dlaczego było naprawdę.

Odnosząc się jeszcze krótko na koniec do całej afery z Molly (dla tych, co nie wiedzą o co chodzi – w niektórych zakątkach internetu rozpętała się mała burza po wypowiedzi Moffata, której sens był mniej więcej taki, że Molly sobie jakoś tam poradzi, nie przejmujcie się nią – dużo ciekawsze jest pytanie czy Sherlock sobie poradzi i jak ta cała sytuacja na niego wpłynie). Ja osobiście uważam, że wypowiedź jest o tyle niefortunna, co… prawdziwa. Z jednej strony trochę nie mieści mi się w głowie tak lekceważące podejście do własnej postaci (fakt, drugoplanowej, ale jednak pełnoprawnej, z charakterem i uczuciami, jak wszyscy inni bohaterowie), a z drugiej strony – prawdopodobnie tak właśnie będzie. Molly sobie poradzi. Widzieliśmy ją w tak wielu różnych sytuacjach (także emocjonalnie trudnych i dotyczących problemów związkowych) i zawsze sobie radziła. Lepiej lub gorzej, szybciej lub wolniej, ale sobie radziła. I teraz będzie tak samo – jest na tyle mądrą i silną osobą, że wyjdzie z tego właściwie bez szwanku. Tylko jeszcze trochę bardziej zamknięta w sobie. Cała  sytuacja jednak potwierdza coś, co ja podejrzewałam już od dawna – nie tylko na podstawie Sherlocka. Moffat jest doskonałym scenarzystą intuicyjnym. Pisze naprawdę dobre fabuły i naprawdę ciekawe postaci, ale jak musi ponazywać to, co napisał, opowiedzieć o tym, albo w jakikolwiek inny sposób zanalizować, to… lepiej, żeby tego nie robił.

A Wam jak się podobał ostatni odcinek? Jak Wam się podobał cały sezon? Liczycie na kontynuację, czy macie już dość?

3 thoughts on “Socjopata(?) 4 lata i dwa sezony później (Sherlock – serial)

  1. Ten post jest świetny!

    Ponieważ tak dobrze znasz się na pojęciach psychopatii i socjopatii mam pytanie odbiegające od Sherlocka, ale z tym związane.
    Jedną z podstawowych różnic między tymi dwoma, którą wszędzie znajduję, jest to, że psychopatą człowiek się rodzi, a socjopatą staje w wyniku traum itp. Stąd zakładałam, że taki Hannibal Lecter jest socjopatą (stał się nim po tym, jak zabilu mu siostrę i go nią nakarmili), tak samo jak Dexter Morgan (stał się nim po tym , jak na jego oczach pocięto mu matkę piłą motorową a potem zostawiono w basenie krwi na długie godziny). Jednak w kilku artykułach spotkałam się, że ich obu klasyfikują jako psychopatów… I już nic nie rozumiem ;__; Gdybyś mogła mi to wytłuaczyć byłam bym ogromnie wdzięczna! Fascynuje mnie to jak nie wiem, a tak ciężko o porządne źródło…
    (Jeśli masz do polecenia jakieś książki w tym temacie z chęcią bym przeczytała <3)

    1. Niestety prawdopodobnie nie będę w stanie podać Ci satysfakcjonującej odpowiedzi – to są pojęcia, które mają w psychologii co najmniej kilka różnych definicji i w zależności od definicji te klasyfikacje będą inne. Można różnicować na podstawie „wrodzoności”, tego jak bardzo ktoś jest brutalny, tego czy potrafi stworzyć jakieś więzi z kilkoma osobami… Dodatkowo czasem są to rozróżnienia między tymi dwoma zaburzeniami, a czasem uznaje się je za to samo zaburzenie (jak to zrobiłam ja) i za pomocą tych różnic wyodrębnia się różne jego typy (np. psychopata dyssocjalny i antysocjalny).
      Ja opierałam się na przesłankach z kolejnych wersji DSMu (czyli podręcznika diagnostycznego Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego) – w tym przypadku często wprost jest mówione, że zmiana nazwy jest związana z tym, że termin „psychopata” wszedł do słownictwa potocznego. Uczyłam się o tym na studiach, więc moim źródłem jest głównie podręcznik Seligmana do psychopatologii jednostki, ale tego nie polecam jako lektury do poduszki. ;)
      Wiem, że są co najmniej dwie książki na ten temat przetłumaczone na język polski („Psychopaci są wśród nas” i „Mózg psychopaty”), ale żadnej z nich jeszcze nie miałam okazji czytać, więc nie odpowiem na pytanie o ich wartość, niestety.

Leave your comment