Kawałek chaosu: Moje własne przedwiośnie

Dlaczego tak mówię? Przecież wiosny jeszcze nie widać, wręcz przeciwnie – ostatnio było mroźno, ślisko i nieprzyjemnie! A może chodzi o książkę?

Też nie. Za twórczością Żeromskiego nie przepadam, choć jeszcze Przedwiośnie jest najbardziej zjadliwe ze wszystkiego, z czym miałam okazję się zapoznać (i nie, nie wyszłam poza kanon lektur szkolnych w tym wypadku).
Ja poznaję wiosnę po sobie. Taka wczesna wiosna zawsze działa na mnie dziwnie. Prawie jakbym była jakimś wędrownym ptakiem albo innym migrującym stworzeniem. I dlatego wyróżniam przedwiośnie jako osobną porę roku, bo mi jest potrzebna, żeby zrozumieć siebie.

Przedwiośnie jest wtedy, kiedy mam coraz większą ochotę wyjechać gdzieś daleko; zaplanować podróż na drugi koniec świata, gdzieś gdzie jeszcze nie byłam. I najlepiej od razu ją uskutecznić. Wszystko jedno ile niesamowitych wyjazdów mam już na ten rok zaplanowanych – wczesną wiosną wanderlust (po polsku nie ma na to słowa, niestety) jest najsilniejszy. Wtedy też przeważnie najbardziej nie mam możliwości organizacyjnych, żeby go wykonać.

Przedwiośnie jest jedyną porą roku, kiedy naprawdę podchodzą mi szanty. Poza dosłownie kilkoma, których mogę słuchać zawsze (choć też już bez większych emocji), w żadnym innym czasie ten rodzaj muzyki i tekstów do mnie nie przemawia.

Przedwiośnie jest jedynym momentem, kiedy mam wrażenie, że mogłabym zostać marynarzem. Mimo tego, że nie umiem i nienawidzę pływać, a także twardo stoję na stanowisku, że woda w ilości większej niż w wannie to zło (zwłaszcza jeśli nie można się ograniczyć do patrzenia na nią).

W przedwiośniu najlepszym momentem dnia jest zmierzch. Zachód słońca, albo może bardziej – ten czas zaraz po nim, kiedy na świecie jest szaro i spokojnie. To jeszcze nie noc, ale już też nie dzień. Pasuje do tej przejściowej pory roku.

Przedwiośnie jest dobre na oglądanie spokojnych, „chodzonych” filmów. Tak, znowu mam ochotę na Only Lovers Left Alive.

Przedwiośnie to czas, kiedy najłatwiej mi być samej i kiedy jest mi to najbardziej potrzebne. Spokój, cisza, ciemność – nikt nie zawraca mi głowy, mogę coś pooglądać, poczytać, napisać, pomyśleć czy iść na spacer tylko ze słuchawkami w uszach. To jest jednak też najlepszy moment w roku na spokojne i poważne rozmowy i na spotykanie się z ludźmi, których się uwielbia i bardzo rzadko widuje, bo zwyczajnie nie ma okazji. Odzywam się do największej ilości takich osób właśnie wczesną wiosną. Potrzebuję ich, chcę się z nimi zobaczyć i zwyczajnie pogadać, pobyć.

W przedwiośniu nie mam też nic przeciwko temu, żeby po prostu jeździć. Pociągami, autobusami, tam i z powrotem, do pracy, na studia, do znajomych. Czasem nawet na dwa dni. Odległości po 300 km w jedną stronę. Czasem nic nie robiąc po drodze, tylko gapiąc się w okno – chociaż w torbie leży przeczytana dopiero do połowy książka, na dysku nowy film, a ja mam przecież tyle roboty.

Przedwiośnie powoduje, że nawet jeśli właśnie coś zrobiłam, skończyłam i osiągnęłam, nie czuję tego tak mocno. Nie zapominam o tym, to dalej cieszy, ale jednak podchodzę do wszystkiego spokojniej i patrzę bardziej do przodu (a może raczej obok, jak na widoki z pociągu?).

To moment, kiedy zaczynam czuć w powietrzu zmianę. Fakt, że nadchodzi coś nowego. Zaczyna mi się chcieć żyć. Ale to dopiero przeczucie. Na razie ciągnie mnie przed siebie, do czegoś nowego, wielkiego, nieznanego. Tęsknię – za miejscami, ludźmi, nowymi cudami, które przyniesie mi niedawno rozpoczęty rok. Dopiero kiedy przyjdzie prawdziwa wiosna, ta refleksyjność i zaduma gdzieś ucieknie, zostawiając mnóstwo energii do działania i mnie biegającą i robiącą wszystko. Przedwiośnie ładuje mi baterie. Przedwiośnie pozwala mi nie zgubić siebie i innych. Wierzę w przedwiośnie.

Leave your comment