Nieskoordynowane przemyślenia po Civil War

Ja wiem, że o tym filmie już wszyscy pisali albo mówili. Ale po to mam bloga, żeby też wyrzucić z siebie o czym myślę. To, co gdzieś mnie w trakcie seansu (lub po nim) w jakiś sposób ruszyło.

Nie zamierzam pretendować do pisania recenzji. Nie zamierzam nawet pisać jakiegoś szczególnie spójnego tekstu. To, co znajdziecie poniżej, będzie po prostu listą moich przemyśleń i odczuć po seansie. Spisem tego, na co czekam, a co bym wyrzuciła. Co mnie zaskoczyło, a co zdenerwowało. Jakie mam marzenia na przyszłość. I tak dalej.

Oczywiście tekst będzie zawierał SPOILERY jak stąd na Syberię. Gotowi? To jedziemy z tym koksem.

  • Black Panther. Tak, musiałam od niego zacząć. Tak, wiem, że nie był w tym filmie najważniejszy. Ale tak bardzo czekałam na to, jak go pokażą. Tak bardzo czekam na film o nim, właściwie od kiedy się dowiedziałam, że będzie. Od czasu, kiedy pokazali pierwszy concept art kostiumu.

No i nie zawiodłam się. To jest bohater, który jest tak zupełnie inny od wszystkich, których już znamy. Który wyrósł z innej kultury i to widać nawet w całkiem zwyczajnych interakcjach, jakie ma z innymi postaciami. Tak naprawdę to była podstawowa rzecz, jakiej oczekiwałam po tej postaci – że będzie inna. I jest.

Oczywiście moje, prowadzone jakiś czas temu, rozważania na temat położenia Wakandy okazały się niewarte funta kłaków (nie żeby mnie to specjalnie zaskakiwało), bo w tym momencie już wiemy, że został zrobiony konglomerat właściwie ze wszystkich krańców Afryki: o znaku tamfo bebre, pochodzącym z Ghany (czyli z Afryki Zachodniej), już pisałam; mamy wspomniane egipskie boginie (Bast i Sekhmet – obie mają postać kotów, a właściwie Bast / Bastet jest kotką, a Sekhmet – lwicą); samo państwo na mapie znajduje się w Afryce Wschodniej (okolice Jeziora Wiktorii i – na prawdziwej mapie politycznej Afryki – Ugandy; już widzę jak się ludziom będzie mylić…); język, którym posługują się w rozmowie T’Challa ze swoim ojcem to Xhosa, czyli język pochodzący z RPA (mówił w nim m.in. Nelson Mandela). Z jednej strony – bardzo mnie cieszą wszelkie tego rodzaju nawiązania. Z drugiej jednak – takie potraktowanie sprawy w dużej mierze utrwala przekonanie, które żywi większość osób wychowanych w kulturze zachodniej, a mianowicie, że istnieje coś takiego jak „kultura afrykańska”, że w ogóle o Afryce można mówić jako o całości i w sumie wszystko jest tam podobne. Szkoda, bo to jest dużo bardziej zróżnicowany pod kątem kulturowym i niepoddający się uogólnieniom kontynent, niż możemy sobie wyobrazić. Jakby tak np. mówili w kiswahili, które bardziej pasowałoby geograficznie…

  • …właśnie. Kolejna sprawa. Języki. Nie wiem czy sobie to uświadomiliście (bo nie wątpię, że zauważyliście fakt używania w filmie różnych języków), to jeden z niewielu filmów amerykańskiej produkcji, który w tak dużym zakresie używa innych języków. Postaci są w Niemczech, czy Austrii – mówią po niemiecku. Mamy przebitki z ZSRR / Rosji – słyszymy rosyjski, widzimy rosyjskie napisy. Mamy wspomniany wyżej xhosa. Mamy Bucky’ego mówiącego po rumuńsku. Całkiem poważna część filmu wymaga czytania napisów od widzów angielskojęzycznych. Mnie się ten trend strasznie podoba (zwłaszcza, że aktualnie uczę się rosyjskiego, a i niemiecki trochę znam) i poniekąd udowadnia, że to wcale nie jest tak, że to są jakieś filmy dla durnowatych dzieci, które chcą się tylko odmóżdżyć i popatrzeć na bandę ludzi w dziwnych wdziankach, którzy się między sobą tłuką.
  • Muzyka. Pisałam już o tym na Facebooku, ale powtórzę tutaj – to jest pierwszy film superbohaterski, z którego wyszłam z chęcią posłuchania po raz kolejny soundtracku. Nie do końca mogę go wciąż obiektywnie ocenić, bo słysząc muzykę wręcz widzę niektóre sceny i ciągle wywołuje to we mnie podobne emocje jak w kinie. Może z tego powodu  jakoś bardziej do mnie to trafia niż zwykle. Ale, hej! – czy nie po to właśnie jest muzyka w filmie? Żeby wzbudzać emocje?
  • Choreografia walk. Zwłaszcza w wykonaniu Czarnej Wdowy (nic nowego), Black Panthera i Falcona. Przy czym warto zauważyć, że za każdym razem jest to styl walki bardzo, bardzo dopasowany do postaci. Co w sumie cenię jeszcze bardziej niż fakt, że w kilku (wspomnianych wyżej) przypadkach ten styl jest po prostu ładny.
  • I tak w ogóle – Czarna Wdowa. Za całokształt. Po tym filmie mam takie małe marzenie, żeby za kręcenie filmu o niej zabrała się ta sama ekipa reżyserska. Oni tak fenomenalnie „czują” tą postać! Udało im się zrobić rzecz świetną i strasznie trudną: jest ona tutaj (przynajmniej dla mnie) osobą, która – z jednej strony – byłaby w stanie konkretnie dołożyć właściwie wszystkim obecnym i nikt nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości, a – z drugiej strony – została kobietą. W jak najlepszym znaczeniu – myśli zupełnie inaczej niż banda facetów dookoła (a zwłaszcza dwóch głównych kłócących się); jest właściwie jedyną osobą, która nie potyka się o własne ego; dba o to, co inni czują i mimo chwilowej różnicy zdań pilnuje tego, żeby druga strona też wiedziała, że dla niej to nic osobistego (patrz scena z Hawkeyem), leci do Londynu tylko po to, żeby przytulić Steve’a, bo wie, że nie powinien być sam (i co z tego, że akurat się nie zgadzają, skoro jest jej przyjacielem); ma swoje zdanie i ma w nosie zarówno to, że ktoś jej później powie, że nie ma racji, jak i to, że ktoś się zdziwi, że się z nim zgadza.

W największym skrócie – dla mnie ten film doskonale pokazuje, jak bardzo ona jest Avengersom potrzebna. Jak bardzo w pewien sposób spaja to, co się tam dzieje. I jak bardzo dba o rzeczy, o które nie dba w tym towarzystwie nikt inny. Wciąż twierdzę, że jakby ktoś ją zabrał na tą Syberię, to nie sądzę, żeby skończyło się to AŻ TAK źle, jak się skończyło. Także Panowie – i to obaj, i Tony i Steve – biegiem po kwiaty i czekoladki dla Nataszy. Zasługuje jak nikt.

  • Poza tym – niech ktoś przytuli Tony‚ego Starka! Teraz, zaraz, natychmiast, mocno, długo i porządnie. A później niech mu znajdzie dobrego terapeutę. Ale najpierw porządny przytul. Najlepiej tak, żeby się nieźle poryczał. Co nie zmienia faktu, że postać Iron Mana jest tu doskonale zagrana. Jestem pod coraz większym wrażeniem tego, z jaką konsekwencją i precyzją jest prowadzony rozwój tej postaci i jej ewolucja. Od pewnego siebie miliardera i geniusza, który poradził sobie z PTSD, przez człowieka, który sobie nie poradził, co doprowadziło do sporych problemów z lękiem, po człowieka, który jest zmęczony i próbuje naprawić to, co może, ale nagle się orientuje, że niewiele może i właściwie nie ma dobrego rozwiązania, bo zawsze ktoś ucierpi.
  • Największym osiągnięciem tego filmu jest dla mnie fakt, że wyszłam z niego jeszcze mniej pewna tego, kto ma rację, niż byłam przed seansem (a i wtedy wcale pewna nie byłam). Bo chociaż ideologicznie bardziej #TeamCap, ale jednak to, co robi Steve, to jest momentami przesada (ostrzegałam już przed seansem – im więcej będzie BuckyDrama, tym bardziej będę #TeamIronMan). A i argumenty przedstawiane przez stronę przeciwną mają całkiem sporo sensu. Podobało mi się też prowadzenie filmu zarówno na płaszczyźnie ideologicznej, jak i osobistej. To powoduje, że wybór jest jeszcze trudniejszy i w sumie nie ma tu dobrej odpowiedzi. I tak właśnie powinno być.
  • Przestałam mieć ochotę zamordować Bucky‚ego na sam jego widok. To naprawdę duże osiągnięcie, uwierzcie mi, w poprzednich dwóch filmach, w których się pojawił miałam wręcz taki odruch. Tu nawet w paru miejscach zaczęłam mu wręcz współczuć. Niesamowite. Chociaż i tak się cieszę, że siedzi zamrożony, oddala się trochę przerażająca możliwość, że zostanie kolejnym Kapitanem. Kolejnym Kapitanem ma być Sam Wilson. Howgh. Rzekłam.
  • W tym filmie tak dobrze widać, jak bardzo Steve jest samotny. Jak kurczowo chwyta się wszystkiego, co w jakikolwiek sposób, nawet bardzo odległy (ekhem, Sharon, ekhem), łączy go z przeszłością i jego „prawdziwym” życiem, tym sprzed i w czasie wojny; z jego czasami. Mam wrażenie, że trochę dlatego tak bardzo chce uratować (cokolwiek w tym kontekście by to nie miało znaczyć) Bucky’ego. To jest w tym momencie jedyna osoba, która go znała i która go pamięta. Nie jako odmrożonego bohatera narodowego, tylko jako Steve’a Rogersa, który chciał po prostu służyć własnemu krajowi i zrobić coś dobrego dla świata. Wcześniej miał świadomość, że gdzieś tam jest Peggy, która przynajmniej go pamięta, jeśli nic więcej. Teraz nie zostało mu już nic, poza Buckym. To, że jest w stanie poświęcić dla niego swoje ideały (scena, w której rzuca tarczę, była dla mnie jedną z najsmutniejszych, jakie widziałam w całym tym filmowym uniwersum) mówi bardzo, bardzo dużo. A jednocześnie – wciąż zostaje tym samym człowiekiem. Może daleko, może pokłócony, może zrobiwszy coś, co ciężko odkręcić, a potrafiący przeprosić, przyznać się do błędu i zaoferować pomoc ludziom, z którymi czuje się związany, kiedy tylko będą takowej pomocy potrzebować.
  • Mam tylko jedno pytanie. Może ktoś z Was mi na nie odpowie, bo na razie wygląda to dla mnie na dziurę w scenariuszu. Jakim cudem Kapitan wiedział o tym, że rodzice Tony’ego zostali zamordowani, a sam Tony nie? Bucky nie mógł mu tego powiedzieć (nie było kiedy, a poza tym – wtedy Steve wiedziałby, kto to zrobił), nie mogło tego być ani w archiwach SHIELD (Iron Man miał do nich dostęp), ani w archiwach Hydry (wisiały online), bo nie wierzę, że Tony nie próbował nic znaleźć na ten temat. Po prostu w to nie wierzę.
  • Dodatkowo jeszcze – tak na sam koniec – chciałam wspomnieć o tym, że film był zaskakująco… zabawny. W taki dobry, niewymuszony sposób. Całkiem codziennym humorem, także sytuacyjnym. I tak ładnie było widać (zwłaszcza, że w czasie walki na lotnisku), że to są postaci, które faktycznie nawzajem się szanują. Mają respekt wobec mocy swoich przeciwników. Nie próbują się pozabijać, bo tak. Po prostu robią to, do czego zmusiła ich w danej chwili sytuacja, chociaż często wcale nie chcą. Jestem fanką przemawiającego sumienia i przenoszenia fortepianu.

Tak się zastanawiam nad tym, co jeszcze mogłabym dodać do tego elaboratu powyżej i nic nie przychodzi mi więcej do głowy. Dajcie znać, czy się ze mną zgadzacie, co sądzicie o filmie i czy czegoś ciekawego nie ominęłam.


PS. Smutno mi strasznie, że skasowano serial o Agent Carter. Z jednej strony – zupełnie nie dziwi mnie ta decyzja, a z drugiej – to za dużo na raz, ja dopiero co widziałam jej pogrzeb! Świadomość, że za pół roku byłyby nowe odcinki do oglądania ze szczerą radością (to głównie dawał mi tan serial), to byłoby jakieś pocieszenia. A tak… ech.
Plus – żałuję serialu również jako rzadkiej możliwości pokazania szczęśliwej i ciekawej bohaterki z życiem jednocześnie niezwykłym (praca) i całkowicie zwyczajnym (mąż, dzieci itp.). Nie każdy ma takie bohaterki na co dzień pod ręką (cześć Mamo!).

PPS. Dlaczego w tym roku wszyscy superbohaterowie mają w tle coś związanego z matką? Wujek Freud się musi w grobie przewracać bardzo intensywnie. Czekam na Doktora Strange’a z kompleksem Edypa…

2 thoughts on “Nieskoordynowane przemyślenia po Civil War

  1. Już z radością spieszę odpowiedzieć na Twoje pytanie! ;) Steve o tym, że Bucky jest odpowiedzialny za śmierć rodziców Tony’ego dowiedział się w Zimowym Zołnierzu, gdy rozmawiał ze „skomputeryzowanym” doktorem (nie pamiętam niestety teraz jego nazwiska) w bunkrze Hydry – są tam przebitki na artykuły o śmierci Starków i jakieś raporty (możliwe nawet, że ten, na którym tak bardzo zależało Helmutowi Zemo).

    I oczywiście zgadzam się w 100% ze wszystkim, co napisałaś, a chyba najbardziej z akapitem o choreografii walk. Mogłabym na takie patrzeć godzinami <3

    1. Wiedziałam, że to musiało być gdzieś w Zimowym Żołnierzu, bo to za duża dziura, żeby ją przegapić, ale nie mogłam dojść do tego, gdzie to było.
      Uf, ulżyło mi. Dzięki! :)

Leave your comment