O dwóch Legionach, czyli ten sam pomysł na inne postaci

Dzisiaj może notka trochę nietypowa, bo natchnęło mnie (od czasu do czasu tak mam) na porównanie zupełnie innych i tylko luźno ze sobą związanych dzieł kultury. Padło na dwóch Legionów – tego marvelowego (w wersji z serialu, komiksy wciąż przede mną – jak znacie jakieś dobre, najlepiej żeby były zamkniętymi seriami, to przyjmuję sugestie) i tego, który jest tworem Brandona Sandersona i pochodzi z książki pod tym samym tytułem.


Dlaczego w ogóle zabieram się za tę analizę? I co w ogóle mają ze sobą wspólnego te postaci, poza – co oczywiste – imieniem (a właściwie przydomkiem)? Okazuje się, że może to być całkiem ciekawe, bo w obu przypadkach wychodzimy od w sumie całkiem podobnego pomysłu, który później jednak zmierza w zupełnie różnych kierunkach (zwłaszcza jeśli przeprowadzimy analizę pod kątem psychologicznym, a przecież właśnie po to tutaj jesteśmy, prawda?).

<Już sporo czasu minęło od premiery obu omawianych dzieł i nie sądzę, aby osoby nieznające postaci tu zabłądziły, ale dla porządku ostrzegam – poniżej SPOILERY do pierwszego sezonu serialu Legion oraz do książek Legion i Legion: Skin Deep. A może nie tyle spoilery – wpis po prostu zakłada, że znacie te postaci.>

Jak już napisałam, w przypadku obu postaci wychodzimy od podobnego pomysłu – kogoś, kto może kontrolować wiele osób i korzystać na różne sposoby z ich zasobów i umiejętności. Właśnie do tego odnosi się przydomek, w obu przypadkach wywiedziony od biblijnego „jest nas legion”. Co ciekawe obaj bohaterowie, czyli David Haller (bohater Marvela, a konkretnie jeden z X-Menów) oraz Stephen Leeds (bohater Sandersona) nie znoszą tego przydomku i nie chcą, aby się tak do nich zwracać. Muszę powiedzieć, że w sumie im się nie dziwię, biorąc pod uwagę, że w przytoczonym cytacie jest to wypowiedź demona czy też innych sił nieczystych. A jako że – jak wiadomo nie od dziś – język i nazwy nadawane rzeczom i osobom odzwierciedlają sposób myślenia ludzi, którzy się nimi posługują, pozwala nam to bardzo łatwo przejść do kolejnej sprawy, a mianowicie tego, jakie uczucie wzbudzają w otaczających ich ludziach. A uczuciem tym jest oczywiście strach.

Obydwu bohaterów otaczający ich ludzie się boją, ale jednocześnie wykorzystują ich zdolności i umiejętności. Obu bohaterów ludzie starają się też usilnie zdiagnozować i wtłoczyć w ramy klasyfikacji psychiatrycznych, czy też – jak w przypadku Davida – wręcz do szpitala psychiatrycznego. W obu przypadkach pojawiają się te same diagnozy, czyli schizofrenia i osobowość wieloraka, ale co ciekawe, używane są one różnie i różny jest stopień ich prawdziwości.

David Haller diagnozę schizofrenii ma postawioną przy okazji znalezienia się w szpitalu psychiatrycznym. Właściwie, biorąc pod uwagę jego „objawy”, to wcale nie jestem zdziwiona tym, że właśnie taka była ta diagnoza. W jego przypadku mogą wskazywać na nią „głosy”, które słyszy (później okazujące się być myślami ludzi, które słyszy dzięki swoim zdolnościom telepatycznym) i halucynacje (przynajmniej częściowo wynikające ze współistnienia w jego umyśle i pamięci Faruka). Jednak – biorąc pod uwagę zarówno dalszy rozwój wypadków w serialu, jak i to co wiem o komiksowych zdolnościach tejże postaci – w tym wypadku dużo trafniejsza byłaby diagnoza osobowości wielorakiej. Wygląda bowiem na to, że David faktycznie będzie w stanie tworzyć sobie kolejne osobowości, z których każda będzie miała różne – potrzebne mu w danej sytuacji – umiejętności i zdolności (także supermoce!). Pamiętacie scenę ze zdrowym rozsądkiem z brytyjskim akcentem? To właśnie tego typu proces mam w tej chwili na myśli. Oczywiście w prawdziwym świecie to wszystko tak fajnie nie wygląda – ludzie z zaburzeniem osobowości wielorakiej nie mają raczej kontroli nad swoimi osobowościami. Mogą ewentualnie zdawać sobie z nich sprawę, ale raczej nie wykorzystują świadomie ich różnych cech i nie są w stanie świadomie się między nimi przełączać. A już na pewno świadomie ich nie tworzą.

Jeśli zaś chodzi o Stephena to często (właściwie od większości innych postaci) słyszy on, że ma „kilka osobowości”, czemu – słusznie – zaprzecza. I tłumaczy, że większość badających go psychologów i psychiatrów diagnozowała mu schizofrenię właśnie, „poza tymi, którzy twierdzili, że mam coś zupełnie innego, czego nikt jeszcze nie nazwał lub że jestem zdrowy”. Diagnoza ta opiera się na tym, że „aspekty” głównego  bohatera są halucynacjami – widzianymi i słyszanymi tylko przez niego, „wyobrażonymi”. Ja jednak skłaniałabym się do stwierdzenia, że to coś zupełnie innego. Z kilku powodów. Po pierwsze – podobnie jak w przypadku Hallera – Stephen całkiem dobrze kontroluje to, co się z nim dzieje. Co prawda nie do końca „wymyśla” swoje aspekty, bardziej się mu one „pojawiają”, ale jest w stanie bardzo dobrze określić, na jakich zasadach się to dzieje. Świetnie też zdaje sobie sprawę z tego, co jest częścią jego halucynacji, a co częścią realnego świata. On sam też w świecie realnym, zewnętrznym porusza się naprawdę dobrze – ma pracę (specyficzną, bo specyficzną, ale jednak), jest w stanie porozumieć się z ludźmi; a jeśli ma z tym problemy, to wynikają one bardziej z tego, że jest w specyficzny sposób sławny i z tego, że przestrzega swoich dziwnych nawyków, a nie z tego, że nie rozumie innych ludzi i żyje we własnym świecie. Przy czym – warto o tym pamiętać – to właśnie to „zamknięcie we własnym świecie” jest głównym objawem schizofrenii, halucynacje mogą być najróżniejsze (lub może ich nie być) i są dopiero kolejnym stopniem rozwoju choroby. Biorąc to wszystko pod uwagę, mam wrażenie, że Leeds jednak schizofrenii nie ma. Nie jest też jednak do końca zdrowy psychicznie. No chyba, że uznamy, że po prostu jeszcze w pełni nie kontroluje swoich aspektów, ale rozwinie swoje umiejętności w tym zakresie, wtedy zaś będziemy chyba mogli mówić również o specyficznej supermocy. Wtedy pojawia się pytanie o to czy osoby z supermocami uznamy za zaburzone? Ale to już kwestia na zupełnie inną dyskusję.

Podsumowanie będzie tym razem bardzo krótkie, bo właściwie nie mam żadnych specjalnych wniosków wynikających z tego, co napisałam powyżej. Chciałam tylko pokazać jak różne efekty i postaci (także pod kątem psychologicznym i psychopatologii, czyli wykorzystanych i opisanych zaburzeń psychicznych) można stworzyć, wychodząc właściwie od dokładnie tego samego pomysłu: co by się stało, gdyby jedna osoba miała do dyspozycji wiedzę i umiejętności (a także – w przypadku Davida – osobowość) kilku lub kilkunastu osób. A jak Wam się podobały te dwie postaci? Chcielibyście mieć takie umiejętności czy wręcz przeciwnie?

Leave your comment