Kapitan Ameryka była kobietą, czyli o Wonder Woman

Nie planowałam pisać o tym filmie, bo nie liczyłam w jego przypadku na zbyt wiele psychologii. Miałam rację. Ale ponieważ recenzja sama układa mi się w głowie, a dookoła widzę albo te złe albo te pochwalne, to ja chcę napisać swoją, która (chyba już tradycyjnie) będzie pośrodku.

Spoilery będą od oznaczonego miejsca, na razie można czytać spokojnie.
Ogólnie rzecz biorąc – film nie jest zły. Niestety dobry też nie jest. A właściwie, co czyni sprawę jeszcze smutniejszą – to jest naprawdę fajny film (choć i wtedy nie bez potknięć i wad) tak mniej więcej do 3/4. Później niestety wydarza się zakończenie, które jest głupie, niezamierzenie śmieszne, daje całą paletę możliwości do absurdalnych skojarzeń i głupawkowych napadów chichotu, jest bezsensowne w kontekście historycznym i logicznym, podminowuje to co wydarzyło się chwilę wcześniej, jest fatalnie pokazane i zawiera zdecydowanie zbyt dużo mrokhu, slow motion i CGI oraz wklejony na siłę motyw muzyczny (ten napisany przez Zimmera, z gitarą elektryczną, który sam w sobie bardzo lubię, ale) pasujący do tego filmu jak pięść do nosa. Podminowuje ono też niestety przesłanie filmu, które mogłyby być całkiem niezłe.

 

 

Jeśli chodzi o pozytywy – Wonder Woman jest świetnie napisaną postacią. W ogóle większość postaci w tym filmie jest dobrze napisana i całkiem nieźle zagrana. Gal Gadot to dla mnie obsadowy strzał w dziesiątkę. Zaczynając od takiego szczegółu, jak jej pochodzenie (jest Żydówką), które sprawia, że mówi po angielsku z lekko specyficznym akcentem, który bardzo tu pasuje i robi świetną robotę, ciągle przypominając, że mamy do czynienia z bohaterką z trochę innego świata. Poza tym jej sposób gry jest bardzo lekki i świetnie nadaje się do portretowania postaci, która jest z jednej strony naiwna i nie ma bladego pojęcia jak działa nasz świat, jakie są zasady społeczne w nim obowiązujące, co to jest przeciętna i zegarek, a z drugiej strony jest przecież inteligentna, wykształcona, mądra i zdecydowana. Bardzo łatwo byłoby to przeszarżować w którąś stronę, ale tutaj działa.

 

Duża w tym zasługa też Chrisa Pine’a (którego wysiłki dotyczące odróżnienia się od innych Chrisów, zwłaszcza tego jednego, który też gra postać żołnierza o imieniu Steve, chyba zostały właśnie ostatecznie zniweczone przez scenarzystów…), którego gra też wygląda świetnie. O tym, że to dobry aktor nie trzeba mnie szczególnie mocno przekonywać (Into the Woods, anyone?), a tutaj jego zdolność do autoironii i uroczość sprawdza się naprawdę dobrze. Dostajemy więc bohatera, który nie jest nieogarniętą sierotą, wręcz przeciwnie, ma trzy światy z pilnowaniem Diany, której nieznajomość naszej rzeczywistości powoduje mnóstwo problemów (od tego, że trzeba po prostu pilnować, żeby nie wpadła pod samochód, bo się na coś zagapiła, po to, że trzeba ją uciszać na posiedzeniach rządu i sztabu generalnego, gdzie zaczyna wyzywać ministrów i generałów od tchórzy). Tak więc cierpliwość Steve’a zasługuje tutaj na podkreślenie i docenienie. Chciałbym też, żeby więcej postaci na pozycji +1 do głównego bohatera (niezależnie od płci) było pisanych w taki sposób. Dostajemy bowiem dzięki temu dwójkę może nie równorzędnych, ale na pewno uzupełniających się bohaterów. Steve jest ratowany, jest od pewnego momentu „ogonem” idącym za Dianą, ale bynajmniej nie znaczy to, że nic nie robi – wręcz przeciwnie, robi sporo, często rzeczy, których Diana nie byłaby w stanie. Owszem, wyjaśnia świat (trochę taka jego rola w tym filmie), ale robi to delikatnie, cierpliwie jak do dziecka i nie bojąc się powiedzieć „nie wiem” czy „nie chcę, żeby tak było”.

 

Postaci poboczne też są dość ciekawe (a przynajmniej wybrane wg trochę innego klucza niż Howling Commandos, to już coś) i każda z nich ma jakąś własną historię i problemy. Więcej wad mają postaci poboczne po stronie „złoli” (zresztą – nie tylko poboczne), które są znacznie bardziej generyczne, przewidywalne i sztampowe.

 

Podsumowując – spokojnie można iść do kina. Zobaczycie trochę kalkę z pierwszej części Kapitana Ameryki, łamaną przez kalkę z Thora; przez 3/4 pooglądacie niezły film, a potem będziecie mieć ubaw i materiał na facepalmy. Ale jeśli boicie się, że wynudzicie się totalnie i w połowie będziecie musieli wyjść, bo zaśniecie, to przestańcie. Jest dużo lepiej niż we wcześniejszych filmach DC (powiedziała osoba, która nigdy nie dzieli oglądania filmów na raty, ale BvS oglądała przez 3 dni, bo nie zdzierżyłaby inaczej). I tylko szkoda, że zepsuli to wszystko tak beznadziejnym (na wielu poziomach) zakończeniem. Chętnie wymieniłabym ten czas na więcej interakcji Diany, Steve’a i jego sekretarki (tej drugiej). Najlepiej zawierających więcej święcie oburzonych brytyjskich posłów i ministrów. Ach, no i utrzymał się stan z poprzednich filmów – bardzo kradłabym Wonder Woman ciuchy.

 

 

Poniżej tej linii zaczną się spoilery.

Tutaj część spoilerowa, już nie w formie spójnej notki, bardziej plusów i minusów. Głównie minusów…
+ film jest niezły do momentu, kiedy to Steve mówi o tym, że nie ma jednej osoby, którą można by winić za wojnę. To tak bardzo powinna być puenta tego filmu.

 

Właściwie wszystko co dzieje się później jest minusem, tak jak:
– Ares jako Magneto, a właściwie krzyżówka Magneto z Balrogiem (albo tym cosiem z reklamy Wedla)
– przekonanie, że da się powstrzymać wojnę zabijając jakiegoś boga
– fakt, że blondwłosy i niebieskooki aktor imieniem Chris gra amerykańskiego żołnierza imieniem Steve, który w kluczowym momencie porywa samolot pełen śmiercionośnej broni, odlatuje nim i rozbija/wysadza się z dala od siedzib ludzkich, żeby nikt inny nie zginął, a w całej historii uczucia ważny jest zegarek… Tja, w ogóle mi się to z niczym nie kojarzy. Zupełnie. Nic a nic.
– slow motion
– mrokh
– więcej slow motion
– motyw muzyczny z gitarą elektryczną
– jeszcze więcej slow motion
– pojedyncze głupie sceny, typu burzenie kościoła w celu zneutralizowania snajpera; niemal całkowicie czarny kadr z pocałunkiem (wprowadzonym zresztą w sposób całkiem bez sensu)
– gmail
– to, że Diana była w stanie przypomnieć sobie, co Steve do niej mówił, mimo że go nie słyszała (JAK?!); chyba że wszystko sobie wymyśliła, a on jej opowiadał że jedzie ratować foki, bo ma dość tej wojny i tak w ogóle to lubi placki, a ona ma oddać zegarek jego ojcu i pogłaskać od niech ukochanego psa Burka
– skąd się wzięła bomba atomowa? Skoro wszystkie śmiercionośne bronie i wynalazki podszepnął ludziom Ares, to skąd ta niewątpliwie najbardziej śmiercionośna, skoro on już nie żył?
– dlaczego w tym filmie nagle pojawia się kadr nakręcony pionowo, który trzeba oglądać przekręcając głowę? Kto na to wpadł? I kto tego nie wyciął?!
+ parę stwierdzeń, które fajnie usłyszeć z ekranu (jako osoba nosząca od dziecka okulary i bardzo długo mająca na tym tle spore kompleksy, poczułam takie ciepełko w okolicy serca, jak padło stwierdzenie, że założenie okularów nie sprawia, że ktoś przestaje być zjawiskowo piękny. Nie żebym ja była aż tak urodziwa jak Gal Gadot, ale to zdecydowanie coś, co moje 5-, 8- czy 13-letnie ja powinno usłyszeć)
– część stwierdzeń które nie padły (Czy scenarzyści znają frazę „a hero we need”? Mieli możliwość to wrzucić dwa razy, a zamienili na jakąś „wiarę w miłość”. Serio? Nikomu się to nie skojarzyło? Pasowałoby do obecnej sytuacji na świecie tak dobrze…)
– jeszcze więcej patosu i slow motion
– przedstawiciel złoli z maską Upiora w Operze i blizną Jokera pod nią
– sceny, które byłyby dobre, ale zostały przeciągnięte albo przeszarżowane (rozmowa Steve’a z dr Marą na przyjęciu, która zaczęła się fenomenalnie i pokazywała, że on się naprawdę nadaje na szpiega, ale… niestety tylko do pewnego momentu)

 

To chyba takie najważniejsze problemy, jakie mam z tym filmem. Strasznie mi go szkoda. Nie wiem kto mu dokręcił tę końcówkę, ale wybitnie wyglądała jak coś z innej bajki – dużo gorszej niestety. Jak macie coś do dodania do tej listy, zapraszam do komentarzy (tylko proszę, oznaczajcie spoilery!).

Leave your comment