Kto mi zabrał skrzydła, czyli o Czarownicy

Dzisiaj o filmie, który miałam okazję zobaczyć kilka dni termu (niech żyją wyjścia do kina na Dzień Dziecka!), czyli o Maleficient – czyli Czarownicy.

Nie mogę powiedzieć, że film mi się nie podobał. Wręcz przeciwnie – był naprawdę ładny. Ale – niestety – nie mogę też powiedzieć, że mi się jakoś szczególnie podobał – przynajmniej całościowo, szczegółami zajmiemy się za chwilę.

Uwaga – spoilery będą jak stąd do nieba, więc kto jest wrażliwy na tym punkcie, proszony jest o zaprzestanie czytania tutaj.

Zacznijmy od pozytywów.

Największym i niezaprzeczalnym jest główna rola. Angelina Jolie jest w roli Maleficient naprawdę świetna – widać doskonale, że ten film jest jej i dla niej. Widać, że rozumie swoją bohaterkę, portretuje ją dobrze właściwie w każdym nastroju – jest odpowiednio złośliwa, wkurzona, zrozpaczona ale i dobra – za każdym razem jest przekonująca. Zwłaszcza jej dobroć i (wychodzące trochę przez przypadek, na pewno nie planowane) opiekowanie się Aurorą i ich rozwijająca się relacja są jednymi z ładniejszych scen i wątków. No i aktorka wygląda całkiem jak jej bajkowy pierwowzór. A przy okazji wygrywa dla mnie w kategorii najlepszego żeńskiego uśmiechu psychopaty. ;)

Mocną stroną filmu jest zresztą cała sfera wizualna. Magiczne krainy są wykonane naprawdę starannie, dobrze się na nie patrzy. Tak jak napisałam na początku – film jest po prostu ładny.

Podobało mi się też zestawienie całości filmu z trailerem. Parę rzeczy bardzo fajnie zaskakuje. :)

Niestety – z całkowitych i zdecydowanych pozytywów to byłoby chyba na tyle…

Pierwszym i osobiście chyba najbardziej denerwującym mnie negatywnym aspektem filmu jest to, że właściwie nie ma w nim innych bohaterów poza Maleficient. A jeśli są, to w większości są durni i nawet jeśli nie drażnią (a spora część drażni), to jest kompletnie obojętne, co się z nimi stanie.

Aurora, o której poniekąd ten film też przecież jest, świetna jest jako małe dziecko. Tak do 5 roku życia. Swoją drogą – właśnie wtedy jest jedna z najbardziej uroczych i najfajniejszych scen filmu, czyli scena spotkania dwóch głównych bohaterek, kiedy to – ku zaskoczeniu (znów – naprawdę kapitalnie zagranemu!) Maleficient – Aurora się jej w ogóle nie boi. Plotki głoszą, że do tej roli została wybrana córka Angeliny Jolie dlatego właśnie, że była jedynym dzieckiem, które nie bało się dać wziąć na ręce. ;)

Później niestety Aurora głównie się śmieje i  to jest jej jedyne zadanie. Ja rozumiem pewną dozę głupoty nastolatki (cóż, w wieku 16 lat raczej tak to wygląda…), ale bez przesady…

Kolejnymi drażniąco głupimi postaciami są wróżki chrzestne. W bajce były one jednak – mimo wszystkiego, co można im zarzucić – naprawdę fajnymi postaciami. A tutaj człowiek się zastanawia jakim cudem w ogóle to dziecko przeżyło z takimi „opiekunkami” tydzień, a co dopiero 16 lat!

Co do całości filmowej opowieści mam zastrzeżeń kilka. Widać, że Disney wziął sobie do serca „odkręcenie” mitu księcia z bajki i czekania na prawdziwą miłość tego jedynego (którego wcześniej się na oczy nie widziało…). O ile we Frozen wyszło im to naprawdę kapitalnie (moje zachwyty tutaj), to w tym filmie… nie. Jeśli robimy już „drugą stronę” powszechnie znanej bajki, to warto byłoby zachować elementy fabuły, które w tej bajce występują, chociażby właśnie pocałunek księcia jako „budzik”. A jak później to ładnie przerobić na „prawdziwą miłość”, to się powinni scenarzyści pozastanawiać. Jasne, byłoby trochę trudniej, ale da się (jak ja mam co najmniej dwa pomysły, to oni tym bardziej powinni, im za to płacą!). I nie przyjmuję argumentów, że książę też jest durny i wygląda jak z gimnazjum. A jak ma wyglądać, jak ma 16 lat?…

Nietrzymanie się kanonu widać zresztą też w innych miejscach, gdzie negatywny bohater został właściwie postawiony po drugiej stronie barykady – tutaj jest nim ojciec Aurory. Do pewnego stopnia jest to zrozumiałe, ale znów odejście od bajki jest (dla mnie) zbyt dalekie. Zwłaszcza, że wszystko kończy się dobrze – dla strony, której w tym momencie kibicujemy. A skoro to zwycięzcy piszą historię, to dlaczego ogólnie znana bajka (która jest niby „wersją oficjalną”) miałaby tak bardzo odbiegać od tego co widzimy tutaj (co jest przedstawiane jako „historia prawdziwa”)? Może się czepiam, ale ja tam jednak lubię, żeby film był logiczny. Ot, taka fanaberia…

No popatrzcie sami. Czy ten uśmiech nie jest cudny?

Nielogicznością jest też dla mnie końcówka. A właściwie to, co się w końcówce okazuje na temat narratorki. Głos kompletnie nie dla tej postaci. Tak samo piosenka końcowa (O sountracku jako takim nie będę pisać, bo jest taki nijaki jakby go nie było… W kinie jeden fragment do mnie dotarł – przez kontrast z obrazem. Bardzo starałam się go później znaleźć i nic. Wszystko jest takie samo.) – sama w sobie świetna, jednak kompletnie nie pasująca klimatem do treści, z jaką się wiąże. Tak mogłaby zaśpiewać i mówić właśnie Maleficient, a nie Aurora!

Jeszcze uwaga co do tłumacza – rozumiem, że Maleficient jest w polskiej wersji Diaboliną (chociaż – jak dla mnie – brzmi to zdecydowanie gorzej). Dlaczego jednak zmieniamy w takim razie tytuł?… Poza tym Aurora jest uparcie nazywana „little beastie”, co – nie mam pojęcia dlaczego! – zostało przetłumaczone jako „paskudzia”… Nie można było zostawić „bestyjki”?

Z uwag do filmu to byłoby chyba na tyle. Chociaż i tak uważam, że jego najlepszym podsumowaniem jest jedno jedyne zdanie wypowiedziane przez moją koleżankę: „Co za debil nie chciał Angeliny Jolie ze skrzydłami?!”

No trochę tak… A nawet bardzo tak.

Leave your comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.